Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/070

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


czyły się inne, bliższe wybuchy. Odgadywał, że były to pociski francuskie, które tu dochodziły, szukając nieprzyjacielskiej artylerji po za Marną.
Budził się w nim na nowo zapał; możliwość zwycięztwa ogarnęła jego umysł. Ale był tak znękany swem rozpaczliwem położeniem, że nadzieja ta rozwiała się natychmiast. Tak, swoi posuwali się naprzód; ale było to może powodzenie miejscowe. Linja bitwy była tak rozległą!... Stanie się to, co w 1870 r.: męztwo Francuzów odniesie częściowe zwycięstwa, ale w ostatniej chwili strategja nieprzyjaciół potrafi je zamienić w porażki.
Po północy armaty zamilkły, ale spokój przez to nie wrócił. Warczały automobile, wśród rozkazujących okrzyków. Zapewne konwój sanitarny ewakuował zamek. Potem ziemia zadrżała pod tętentem koni, przechodzących koło bramy parkowej. Potem jeszcze liczne stąpania ludzkie z pośpiechem zginęły w głębokościach parku.
Świtało, gdy don Marceli wyskoczył z łóżka. Pierwsza rzecz, jaką, wychodząc z domu, zobaczył, była chorągiew Czerwonego Krzyża, powiewająca wciąż nad zamkiem. Ale pod drzewami noszów już nie było. Na moście spotkał kilku sanitarjuszów i jednego z lekarzy. Szpital odjechał ze wszystkimi rannemi, których się dało przenieść. W zamku, pod opieką jednej sekcji, zostali tylko najciężej ranni. Walkirje sanitarne zniknęły również.
Wśród pozostałych sanitarjuszów był i ów rudobrody. Ujrzawszy don Marcelego zniknął i wkrótce