Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/068

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wał się przybliżać. Niektóre wystrzały padły tak blizko, że aż szyby w oknach zadzwoniły.
Jakiś wiejski zbieg schronił się do parku i udzielił wiadomości don Marcelemu. Niemcy cofali się. Niektóre z ich baterji usadowiły się nad brzegiem Marny, by spróbować nowego oporu. I zbieg ów został w parku, nie zwróciwszy na siebie uwagi najeźdźców, którzy przed paroma dniami byliby go rozstrzelali natychmiastowo.
Coś popsuło się widocznie w mechaniźmie wojskowej dyscypliny. Lekarze i sanitarjusze biegali z krzykiem, kląc straszliwie, ilekroć nadjeżdżał nowy automobil. Wołali na szofera, by sobie jechał do djabła, oni bowiem dostali rozkaz ewakuowania zamku tej samej nocy. Pomimo zakazu jeden z tych automobilów wyładował swoich rannych. Stan ich był taki, że lekarze przyjęli ich, widząc, że dalsza podróż była dla nich niepodobieństwem. Pozostali w ogrodzie na tych samych noszach, na których ich tu przywieziono. Przy świetle latarni Desnoyers poznał jednego z umierających. Był to sekretarz Jego Eksellencji; profesor socjalista, który go zamknął w piwnicy.
Ujrzawszy właściciela zamku, uśmiechnął się, jak gdyby spotkał towarzysza. Była to jedyna twarz znajoma wśród tych wszystkich ludzi mówiących jego językiem. Blady był, o zapadłych policzkach i oczach przesłoniętych mgłą. Nie miał widocznych ran, ale pod płaszczem położonym mu na brzuchu, poszarpane straszliwie wnętrzności wydawały odór cmentarny. Po obecności Desnoyersa domyślił się, dokąd go przy-