Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/058

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


na śmierć. W tym śnie wydawało mu się, że słyszy okrzyki niemieckie, tętent koni, dalekie odgłosy licznych stąpań i szczęku broni; poczem stracił świadomość wszystkiego, co go otaczało.
Gdy znów otworzył oczy, słońce świeciło, znacząc się złocistym kwadratem na przeciwległej okienku ścianie. Ktoś próbował usunąć barykadę przed drzwiami i wystraszony, kobiecy głos wołał go z cicha:
— Proszę pana! Czy pan tu jest?
Don Marceli zerwał się na równe nogi i poskoczył, by silnem pchnięciem oswobodzić wejście. Zrozumiał, że najeźdźcy poszli sobie, inaczej żona odźwiernego nie byłaby się odważyła uwolnić go z więzienia.
— Tak, poszli sobie — rzekła. — Niema już nikogo w zamku.
Wydobywszy się na wolność, don Marceli ujrzał biedną kobietę z twarzą opuchniętą, zaczerwienionemi oczyma i włosami w nieładzie. Ta noc postarzała ją o kilkanaście lat. Na widok swego chlebodawcy rzuciła mu się w objęcia, płacząc konwulsyjnie:
— Och! proszę pana! proszę pana!
Don Marceli nie chciał nic wiedzieć... Lękał się usłyszeć prawdę. Zapytał jednak o odźwiernego. Teraz, gdy uczuł się rozbudzonym i wolnym, powziął na chwilę nadzieję, że wszystko, co widział tej nocy, było tylko senną zmorą. Może żył ten biedaczysko.
— Zabili go, proszę pana... Zamordował go ten wojskowy, co się wydawał tak dobrym. I nie wiem nawet, co się stało z jego ciałem; nikt mi nie chciał powiedzieć.