Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/059

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Podejrzewała, że go wrzucili do rowu. Zielone, spokojne wody zamknęły się tajemniczo nad tą ofiarą nocy. Desnoyers odgadł, że inne nieszczęście jeszcze bardziej dręczyło matkę, ale zachował wstydliwe milczenie. Ona sama zaczęła mówić wśród łkań i wykrzykników bólu. Żorżetta uciekła z zamku po wyjściu najeźdników i ukryła się w domku rodziców. Ci nikczemnicy trzymali ją w swej mocy do ostatniej chwili.
— Niech pan ją zobaczy. Płacze i lamentuje na myśl, że pan mógłby ją zobaczyć po tem, co się stało. Jest jak warjatka. Chce umrzeć!... Och! moja córka!... I nikt nie pokarze tych potworów.
Wyszli z podziemi i skierowali się na most. Kobieta wpatrywała się uparcie w gładkie, zielone wody. Trup łabędzia pływał po nich. Przed wyjazdem, podczas gdy im siodłano konie, dwóch oficerów zabawiało się strzelaniem z rewolwerów do tych królewskich ptaków. Wodne rośliny zbroczone były krwią; wśród liści kołysały się białe, sflaczałe kształty niby bielizna, wypuszczona z rąk praczki.
Don Marceli i odźwierna spojrzeli wzajemnie na siebie, zdjęci litością na widok własnej niedoli i raptownego postarzenia się, jaskrawo uwydatniającego się w jasnem świetle dnia.
Ale odźwierna odzyskała trochę energji, myśląc o córce. Ci ludzie zniszczyli wszystko; w całym zamku pozostało tylko parę kawałków czerstwego chleba, zapomnianych w kuchni.
— A trzeba żyć, proszę pan; trzeba żyć. Choćby tylko dla tego, żeby zobaczyć, jak ich Bóg ukarze.