Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/054

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w ciemności, pogrążony w myślach, przypominając sosobie[1] wszystko, co czytał lub słyszał kiedykolwiek o wojnach w dalekiej, barbarzyńskiej przeszłości. Niestety! Na cóż się zdał tak zwany postęp? Gdzież była cywilizacja? Wszystko, jak było niegdyś.
Na czwartą noc usnął zmęczony, ale obudził go blask świecy. To żona odźwiernego zajrzała dowiedzieć się, czy nie potrzebuje czego?
— Co za noc, proszę pana! Czy pan słyszy jak wrzeszczą i śpiewają? A ile butelek wypili! Siedzą w sali jadalnej... Lepiej, że ich pan nie widzi. Teraz bawią się łamaniem mebli. Nawet hrabia upił się jak nieboskie stworzenie; i ten dowódca, który rozmawiał z panem. Niektórzy tańczą na wpół nadzy.
Chciała zataić przed nim pewne szczegóły, ale gadatliwość kobieca wzięła górę. Niektórzy młodzi oficerowie poprzebierali się za kobiety i tańczą, mizdrząc się i podrygując jak panienki. Jeden włożył koszulę i majtki panny Cziczi. Dali mu brawo jak w teatrze... Wielu znajdowało jakąś złośliwą przyjemność, żeby zapaskudzać dywany i meble odchodami, obcierając się najcieńszemi serwetami, jakie im wpadły pod rękę.
Don Marceli kazał jej milczeć. Poco opowiada mu to wszystko?

A my musimy im usługiwać! — jęknęła kobieta. — Powariowali ze szczętem; to zupełnie inni ludzie. Żołnierze powiadają, że o świcie pójdą sobie. Jest jakaś wielka bitwa; mają ją wygrać; ale wszyscy w niej po-

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – sobie.