Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/053

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


stając grać. — Wojna ze swemi okrutnemi wymogami. Roztropną jest rzeczą zawczasu pozbywać się wroga.
I z pewną pedanterją, jak gdyby recytował wyuczoną lekcję zaczął mówić o ludziach Wschodu, wielkich mistrzach sztuki życia. Pewien sułtan, którego on, hrabia, szczerze uwielbiał, własnemi rękoma dusił dzieci swoich przeciwników. „Nasi wrogowie nie przychodzą na świat konno i z szablą u boku“ mawiał ten bohater „rodzą się dziećmi, jak wszyscy inni, i należy usuwać ich, zanim dorosną“.
Desnoyers słuchał, nie słysząc. Jedna tylko myśl zaprzątała go wyłącznie. Jakto! ten człowiek, który mu się wydawał dobrym; ten sentymentalista, rozrzewniający się własnym śpiewem, wydał chłodno, pomiędzy dwoma arpedżjami, wyrok śmierci!...
Hrabia poruszył się niecierpliwie. Desnoyers mógł odejść i poradził mu, by na przyszłość nie wtrącał się w sprawy służbowe. Poczem odwrócił się od niego tyłem i puszczając ręce po klawjaturze, oddał się znów harmonijnej melancholji.
Teraz zaczęło się dla don Marcelego jakieś dziwne życie, które trwało cztery dni i pozostało mu w pamięci, jako jeden szereg zdumiewających niespodzianek.
Nie chcąc spotykać się z tymi ludźmi, uciekł z własnej sypialni i schronił się na najwyższem piętrze w pokoju służby tuż obok mieszkania, jakie sobie obrał teraz odźwierny z rodziną. Napróżno poczciwa kobieta namawiała go z nadejściem nocy, żeby się czemkolwiek posilił. Niemiał wcale apetytu. Wolał leżeć