Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/055

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


giną. A mój biedny mąż już nie może... Tyle upokorzeń!... A moja córka!... moja córka!...
To była jej największa zgryzota. Trzymała ją w ukryciu, ale z niepokojem śledziła zachowanie się tych mężczyzn, podnieconych alkoholem. Największą obawę budził w niej ów dowódca, który po ojcowsku głaskał Żorżettę.
I teraz też, przypomniawszy to sobie, odeszła prędko, by nad nią czuwać, jęknąwszy na ostatku:
— Ach! Pan Bóg zapomniał o świecie! Ach! co się z nami stanie!
Don Marceli nie mógł już usnąć. Przez otwarte okno wlewała się pogodna noc letnia. Na dole żołnierze śpiewali jakiś powolny, melodyjny psalm. Z głębi zamku dochodziły brutalne wybuchy śmiechu, trzask łamanych mebli, gonitwy rozochoconych biesiadników. Kiedyż skończy się to piekło?
Czas płynął. Don Marceli nie mógł zasnąć, ale zwolna tracił świadomość tego, co go otaczało. Nagle ocknął się. W pobliżu, na tem samem piętrze jakieś drzwi ustąpiły z trzaskiem, pod naciskiem walących w nie pięści. Ozwały się krzyki kobiece, płacz, rozpaczliwe błagania, odgłosy walki, chwiejne kroki, obijanie się ciał o ściany. Don Marcelemu wydało się, że to Żorżetta krzyczy i broni się. Chciał wyskoczyć z łóżka; wtem usłyszał głos męski; był pewny, że głos odźwiernego:
— Ha! łotrze!
Potem odgłos nowej walki... wystrzał... milczenie!
Wybiegł na korytarz, zobaczył światła i tłum męż-