Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/052

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


znów na klawjaturze, nawiązując tęskną, smętną improwizację, jaką go natchnął zmierzch.
— Dzięki, Ekscelencjo — rzekł Don Marceli, odgadując wspaniałomyślną odpowiedź.
Komendant znikł. Nie spotkał go również za domem. Jakiś żołnierz zaniósł rozkaz. Don Marceli zobaczył jak eskorta odpychała kolbami wrzeszczącą gromadę kobiet i dzieci. Po chwili u bramy zamkowej nie było już nikogo. Zapewne odeszli, usłyszawszy słowo przebaczenia generała. Wtem nagle ozwał się krzyk, jaki jedynie rozpacz kobieca wydać może. Jednocześnie wstrząsnęły powietrzem krótkie, silne odgłosy, znane mu od poprzedniego dnia. Salwa! Niespokojny ruszył w tamtą stronę, gdy zabiegła mu drogę kobieta, obu rękoma trzymająca się za głowę i wydająca głośne jęki. Była to żona odźwiernego.
— Proszę pana! Niech pan tam nie idzie — krzyknęła. — Już po nim! Rozstrzelali go.
Don Marceli osłupiał ze zdumienia. Rozstrzelali go? A słowo generała? Nie zastanawiając się, pobiegł z powrotem do zamku. Jego Ekscellencja siedział wciąż przy fortepjanie. Teraz śpiewał półgłosem z oczyma zasnutemi mgłą wspomnień. Ale stary nie mógł go słuchać.
— Ekscellencjo! rozstrzelali go! Rozstrzelali, pomimo rozkazu!
Uśmiech generała dał mu do poznania, jak bardzo się omylił.
— To wojna, kochany panie — rzekł hrabia, prze-