Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/051

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Desnoyersa. Ten artysta, który go tak rozrzewnił swoim tkliwym głosem powie zbawcze słowo.
Wszedłszy do salonu, Don Marceli prawie że nie poznał Jego Eksellencji. Zobaczył przed fortepianem mężczyznę, mającego za cały strój japońskie, kobiece kimono, różowego koloru, haftowane w złote ptaki i należące do jego Cziczi. W innej chwili byłby wybuchnął śmiechem na widok tego kościstego wojownika, o żylastych chudych rękach wysywających[1] się z obszernych rękawów, z błyszczącą na jednej z nich złotą bransoletką. Hrabia wziął kąpiel i nie spieszyło mu się przywdziać mundur. Wolał jedwabiste dotknięcie kobiecej szaty, podobnej do tych wschodnich strojów, jakie miał w Berlinie. Blumhardt nie okazał najmniejszego zdziwienia na widok swego generała. Wyprężony służbowo mówił coś po niemiecku, a hrabia słuchał go z roztargnieniem, przebierając palcami po klawjaturze.

Z pobliskiego okna padał promień zachodzącego słońca, obejmując złotą aureolą fortepjan i grającego. Wchodziła wraz z nim poezja gasnącego dnia: szmer liści, senne świergoty ptaków, brzęczenie owadów, błyszczących jak iskry w ostatnich blaskach słonecznych. Jego Ekscellencja, którego melancholijne marzenia zmąciły niepożądane odwiedziny, przerwał opowiadanie komendanta rozkazującem skinieniem ręki i jednym wyrazem... tylko jednym. Nic więcej nie rzekł Pociągnął dwukrotnie tureckiego papierosa, tlejącego zwolna na drzewie fortepjanu i ręce jego spoczęły

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – wysuwających.