Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/048

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


do miasteczka, gdzie znajdowała się sztafeta bataljonu.
— To do mojej rodziny — rzekł. — Codziennie posyłam im list. Ich listy są mi tak cenne! Dołączam do tego również parę drobnych pamiąteczek.
Desnoyers omal nie zaprzeczył. Drobnych, to nie!... Ale tylko obojętnem skinieniem ręki dał do zrozumienia, że zgadza się na te podarunki, czynione jego kosztem. Komendant zaś mówił w dalszym ciągu o słodkiej Auguście i swoich dzieciach, podczas gdy niewidzialna burza grzmiała coraz groźniej i bliżej na tle pogodnego przedwieczornego nieba.
— Bitwa! — rzekł Komendant. — Wciąż bitwa! Z pewnością to będzie ostatnia i wygramy ją. Nie minie tydzień a wejdziemy do Paryża!... Ale, iluż to go nie zobaczy! Ilu zginie. Myślę, że już jutro nie będziemy tutaj... Wszystkie rezerwy mają pójść do ataku, by złamać ostatni opór... Bylem tylko nie poległ...
To przypuszczenie wykrzywiło mu twarz konwulsyjnie. Spojrzał wściekle na Desnoyersa, jak gdyby go czynił odpowiedzialnym za swoją możliwą śmierć i nieszczęście jego rodziny. Desnoyers nie mógł prawie poznać łagodnego i dobrodusznego Blumhardta z przed niedawnej chwili.
Zastanawiał się właśnie nad przeobrażeniami, jakich dokonywa wojna w ludziach, gdy nadbiegł podoficer — ten z Socjal-Demokracji. Desnoyers nie mógł zrozumieć, co mówili, ale idąc wzrokiem w kierunku, w jakim wskazywał podoficer, zobaczył u bramy zamkowej gromadkę wieśniaków w otoczeniu zbrojnych