Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/047

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Don Marceli poznał go ze zdziwieniem. Jakto! i komendant Blumhardt! Ale wnet usprawiedliwił ten postępek. Cóż dziwnego, że chciał sobie zabrać coś z jego domu, skoro sam komisarz dał przykład? A przytem, biorąc pod uwagę rodzaj tych przywłaszczeń, to nie były rzeczy dla niego, lecz dla żony i córek. Dobry ojciec rodziny. Oto i teraz siedział więcej niż godzinę przy stole z piórem w ręku, rozmawiając piśmiennie z całą rodziną, ze swoją najdroższą Augustą, Lepiej, że on to zabierze, ten zacny człowiek niż inni oficerowie bezczelni i zuchwali.
Don Marceli widział jak ten dobry człowiek podnosił głowę, ilekroć przechodziła córka odźwiernego i przeprowadzał ją oczami. Biedny ojciec!... Niewątpliwie myślał o swoich pięciu córkach, pozostałych w Niemczech, wśród niebezpieczeństw wojny!... On również przypomniał sobie Cziczi, z obawą, że już jej może nigdy nie zobaczy! W pewnej chwili zobaczył, jak Blumhardt przywołał do siebie Żorżettę. Dziewczyna stanęła przed nim wyprostowana, nieśmiała, jak gdyby przczuwając niebezpieczeństwo, ale usiłując się uśmiechnąć. On zaś, mówiąc coś, gładził ją po policzkach delikatnie swemi olbrzymiemi łapami wojownika. Desyonersa[1] wzruszył ten widok.
Z pewnością temu zacnemu człowiekowi stanęły w pamięci wśród okropności wojny wspomnienia spokojnego, cnotliwego życia.

To też uśmiechnął się życzliwie, gdy komendant, wstawszy od stołu zbliżył się do niego i wręczył jednemu z żołnierzy list i olbrzymi pakunek, by zaniósł

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Desnoyersa.