Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/049

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w karabiny żołnierzy. Blumhardt po krótkim namyśle, ruszył w tamtą stronę, a don Marceli poszedł za nim.
Ujrzał wiejskiego chłopca pomiędzy dwoma Niemcami, których bagnety dotykały mu piersi. Chłopak był straszliwie blady. Umazana sadzami koszula, cała w strzępach zdradzała rozpaczliwą walkę. Z jednej skroni sączyła się krew. W pewnem oddaleniu za nim szła kobieta o roztarganych włosach z pięciorgiem dzieci. Cała ta gromadka była aż czarna, jak gdyby wychodziła ze składu węgla.
Kobieta mówiła coś, jęcząc, płacząc i podnosząc ręce do góry. Ujrzawszy właściciela zamku, przystąpiła do niego, nagle uspokojona, jak gdyby on mógł ją ocalić.
Ten chłopiec był jej synem. Od wczoraj siedzieli w piwnicy swego spalonego domu. Głód zmusił ich wyjść, a także lęk, że się uduszą. Niemcy, zobaczywszy jej syna, zaczęli go bić i chcieli rozstrzelać, jak rozstrzelali wszystką młodzież. Myśleli, że ma dwadzieścia lat, że jest w wieku popisowym, i żeby się nie zaciągnął do francuskiego wojska, chcieli go zabić.
— To kłamstwo! — krzyknęła kobieta. — Ma dopiero ośmnaście... a nawet niespełna ośmnaście... skończył zaledwie siedmnaście.
Zwróciła się do innych kobiet, idących za nią, wzywając ich świadectwa: smutne to były okazy płci niewieściej, równie brudne, o twarzach sczerniałych i poszarpanej odzieży; cuchnące spalenizną, nędzą i trupem. Wszystkie przyświadczyły matce, a niektóre