Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/043

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I w dalszym ciągu kreślił ujrzaną w wyobraźni postać pierworodnego Desnoyersa, strojną we wszystkie splendory wschodniego monarchy. Starego pogłaskał po sercu ten zachwyt hrabiego nad jego synem. Szkoda tylko, że tak umiejętnie wynajdywał cenne rzeczy i przywłaszczał je sobie!
Przy łóżku na stoliku nocnym, na książce do nabożeństwa, którą tu zostawiła donja Luiza zobaczył złoty medaljon z fotografją, która była mu obcą. Hrabia, zauważywszy spojrzenie Desnoyersa, chciał mu ją pokazać. Zadrżały ręce wojskowego. Jego pogardliwa, ironiczna wyniosłość zniknęła odrazu. Oficer Huzarów Śmierci uśmiechał się z obrazka, kryjąc swój suchy profil drapieżnego ptaka pod czapką ozdobioną trupią główką i dwoma piszczelami.
— Mój nalepszy przyjaciel — rzekł hrabia nieco drżącym głosem. — Istota, którą najbardziej kocham na świecie... I pomyśleć, że może bije się w tej chwili i że go mogą zabić!.. Pomyśleć, że ja również mogę umrzeć.
Don Marcelemu wydało się, że uchylono przed nim rąbek przeszłości hrabiego. Ten huzar był niewątpliwie naturalnym synem. W prostocie ducha nie mógł wyobrazić sobie nic innego. Tylko ojciec mógł mówić z takiem przywiązaniem. I to przywiązanie ujęło go.
Na tem skończyła się rozmowa. Hrabia odwrócił się do niego plecami, jak gdyby chciał ukryć wzruszenie, jakie go ogarnęło i wyszedł z sypialni. W parę minut potem ozwał się na pierwszem piętrze wspaniały fortepian, którego komisarz Intendentury nie zabrał, bo