Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/042

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I na to nic nie odpowiedział Desnoyers. Spojrzał tylko na ściany, na puste miejsca po kilku małych obrazkach, pendzla sławnych mistrzów XVIII-go wieku. Przedstawiciel Intendentury musiał je również zlekceważyć, jako bezwartościowe, ale uśmieszek hrabiego zdradził, kto ten błąd naprawił.
Kilka flakonów z perfumami, wziętemi z garderoby pań stało na kominku.
— Co to za niechlujstwo ta wojna! — rzekł hrabia. — Dziś rano mogłem się wykąpać po raz pierwszy od tygodnia. Przed wieczorem wezmę drugą kąpiel. A propos, drogi panie; te perfumy są dobre; ale nie są wytworne. Kiedy będę miał przyjemność przedstawić się paniom, dam im adresy moich dostawców. U siebie w domu używam perfum tureckich. Mam tam wielu przyjaciół... Po skończonej wojnie prześlę paniom trochę na próbę.
Tu oczy jego spoczęły na fotografjach, stojących na kominku. Domyślił się, która z nich przedstawia panią Desnoyers. Twarzyczka Cziczi wywołała uśmiech uznania na jego ustach. Pełna wdzięku, przedewszystkiem podobała mu się jej buńczuczna chłopięca minka. Ale najdłużej wpatrywał się wzrokiem znawcy w fotografję Juljana.
— Śliczny chłopiec! rzekł. — Nadzwyczaj interesująca głowa... artystyczna... Na balu kostjurnowym zrobił by furrorę. Istne perskie książątko! Biała egreta na głowie podpięta klejnotami, pierś obnażona, tunika czarna w złote pawie.