Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/041

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przed kilku godzinami dawnemu generałowi Cesarstwa.
— Ja wolę spać tutaj — rzekł wchodząc do sypialni pani Desnoyers. — Ten pokój bardziej mi się podoba.
Tu zaczął zachwycać się całością urządzenia z epoki Ludwika XV-go, cennie autentycznego o wyblakłych złoceniach i przyciemnionych przez czas krajobrazach na obiciach. Hrabia uśmiechnął się z lekceważeniem artysty na wspomnienie dowódcy Intendentury, obarczonego urzędową grabieżą.
— Co za osioł! Zostawił to, bo w jego przekonaniu stare i brzydkie!
Tu spojrzał prosto w oczy właścicielowi zamku:
— Panie Desnoyers; sądzę, że nie popełniam żadnej niedyskrecji, a nawet wyobrażam sobie, że uprzedzam pańskie życzenia, oświadczając panu, że te meble ja sobie zabieram. Będą one pamiątką naszej znajomości, więcej powiem; dowodem naszej przyjaźni, zaczynającej się teraz... Jeżeli one tu zostaną, grozi im niebezpieczeństwo zniszczenia. Wojskowi nie są obowiązani być artystami. Ja przechowam te cenne rzeczy w Niemczech i pan będzie mógł obejrzeć je, ilekroć zechce. Teraz wszyscy będziemy zjednoczeni... Mój przyjaciel Cesarz ogłosi się panującym Francuzów.
Desnoyers milczał. Cóż miał odpowiedzieć na to spojrzenie okrutnej ironji, jakiem ów wielki pan podkreślał swoje słowa?
— Po skończonej wojnie, przyślę panu upominek z Berlina — dodał hrabia protekcjonalnie.