Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/040

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wającym chętnie z żoną i dziećmi po trudach pracowitego dnia pod cieniem lip w publicznym ogrodzie jakiegoś prowincjonalnego miasta, przy dźwiękach wojskowej orkiestry, grającej sonaty Beethowena. A on, jakby odgadując te myśli, zaczął mówić o swoich, mieszkających w Cassel.
— Ośmioro dzieci, proszę pana — mówił, wyraźnie hamując wzruszenie. — Dwaj starsi chłopcy kierują się na oficerów; a najmłodszy dopiero od pół roku chodzi do szkoły. Ot taki pędrak!
Pokazał ręką na wysokość swoich butów.
Potem zaczął się rozpływać nad żoną. Jaka gospodyni! Jaka matka wzorowa! Żyje tylko dla szczęścia męża i dzieci. Ach! ta przezacna Augusta! Pobrali się przed dwudziestu laty; a on uwielbia ją jak pierwszego dnia. Ma przy sobie na piersiach wszystkie listy, jakie otrzymał od niej od początku kampanji. A tu, w tym medaljonie... cała rodzina. Sięgnął za kurtkę i chciał pokazać Desnoyers'owi pamiątkowe fotografje, ale w tej chwili przyszedł ordynans z poleceniem, że Jego Eksellencja prosi właściciela zamku do siebie. Don Marceli zostawił więc tkliwego komendanta, zakrapiającego wzruszenie wspomnień likierami i pośpieszył na wezwanie.
Hrabia przyjął go z uprzejmością wielkiego pana, pragnącego zadowolnić swoich gości. Nie mógł zgodzić się na to, by Herr Desnoyers, krewny Hartrottów — któregoś z nich widywał u Dworu, mieszkał u odźwiernych. Niechże zechce zająć swoją sypialnię i łóżko, uroczyste jak katafalk, które miało zaszczyt służyć