Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/032

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ne ściany, te potłuczone kryształy i porcelany? Otto odgadł myśl wuja i powtórzył zwykłą wymówkę:
— Trudna rada. To wojna.
— Nie — odparł don Marceli z żywością, do której czuł się uprawnionym, mówiąc do siostrzeńca. — Nie! to nie jest wojna! To grabież. Twoi koledzy to rzezimieszki!
Kapitan wyprostował się gwałtownie, utkwiwszy w starym wuju zaiskrzone gniewem oczy i świszczącym, niskim głosem wymówił:
— Proszę się strzedz! Na szczęście wuj mówił po hiszpańsku, więc go tu nie zrozumiano. Ale jeżeli wuj pozwalał by sobie nadal na podobne uwagi, mógłby za całą odpowiedź dostać kulą w łeb. Oficerowie Cesarza nie dopuszczają, żeby ich znieważano.
I całe zachowanie Hartrotta świadczyło jak łatwo zapomniał by o pokrewieństwie, gdyby otrzymał rozkaz ukarania wuja. Ten spuścił głowę.
Ale w chwilę potem kapitan, jakby zapomniawszy o tem co powiedział, przybrał znów ton uprzejmy. Będzie rad przedstawić wuja Jego Ekscelencji generałowi, hrabiemu von Meinbourg, który ze względu na powinowactwo Desnoyers'a z Hartrottami raczył go przypuścić do swego stołu.
Zaproszony w swoim własnym domu, don Marceli wszedł do sali jadalnej, gdzie znajdowało się już około dwudziestu mężczyzn w szarawych mundurach i wysokich butach. Tu nic nie uległo zniszczeniu: firanki, obicia, meble były nienaruszone. Tylko w monumentalnych bufetach widniały znaczne braki, i Des-