Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/033

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


noyers od pierwszego rzutu oka zauważył, że dwie bogate zastawy i cenny serwis starej porcelany zniknęły z półek. Niemniej musiał odpowiadać ceremonialnymi ukłonami na powitania sprawców tych grabieży i uścisnąć rękę, którą mu podał hrabia z arystokratyczną dobrotliwością, podczas gdy inni oficerowie niemieccy przypatrywali się temu burżujowi z życzliwą ciekawością, a nawet z pewnego rodzaju uznaniem; wiedzieli już bowiem że był to miljoner, który wrócił z dalekich lądów, gdzie ludzie bogacą się tak szybko.
— Zje pan śniadanie z barbarzyńcami — rzekł hrabia, sadzając go obok siebie z prawej strony. — Nie lęka się pan, żeby pana nie pożarli żywcem?
Oficerowie wybuchnęli śmiechem na ten dowcip Jego Ekscellencji i widocznem było, że usiłują słowami i zachowaniem się zadać kłam oskarżaniu ich o barbarzyństwo.
Siedząc, jak obcy gość, przy swoim własnym stole, don Marceli jadł na swoich własnych talerzach, obsługiwany przez wrogów, których mundur widoczny był z pod prążkowanych fartuchów. To, co jadł, należało również do niego: wino pochodziło z jego piwnic; mięso z jego wołów; owoce z jego sadu; a jednak wydawało mu się, że jest tu po raz pierwszy i doznawał przykrego uczucia człowieka, który nagle widzi się sam wśród nieprzyjaciół. Ze zdziwieniem patrzył na tych intruzów, siedzących na miejscach, gdzie widywał żonę, dzieci, Latour'ów. Biesiadnicy rozmawiali pomiędzy sobą po niemiecku; ale ci, którzy znali język francuski, posługiwali się nim często, zwracając się do gościa, a ci któ-