Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/134

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


upadł raptownie, jak nadęta kula, którą przedziurawiono. Powrócił dawny pesymizm. Wojska były mężne i karne; ale nacóż się to mogło przydać, jeżeli cofały się bez walki, obezwładnione rozkazem, który im nie pozwalał bronić ojczyzny?
— To samo, co w 70-ym roku — myślał. — Na pozór więcej ładu, ale rezultat będzie ten sam.
Ale jakby w przeczącej odpowiedzi tym przypuszczeniom usłyszał żołnierza rozmawiającego z jakimś wieśniakiem.
— Cofamy się, ale aby skoczyć z większą siłą na boszów[1]. Dziadzio Joffre wsadzi ich sobie do kieszeni o tej porze i w tem miejscu, jakie sobie wybierze.
Desnoyers nabrał otuchy, usłyszawszy nazwisko generała. Może ten żołnierz, który wśród tych nieskończonych, demoralizujących marszów zachowywał niewzruszoną wiarę, przeczuwał lepiej prawdę, niż mędrkujący i oczytani oficerowie.

Resztę dnia spędził, rozdając upominki ostatnim szeregom kolumny. Piwnica jego opróżniła się. Koleją dat znikały tysiące butelek nagromadzonych w podziemiach zamku. Za zbliżeniem się nocy były to już butelki okryte pleśnią lat; te rozdawał tym, którzy mu się wydawali najsłabsi. Ale też w miarę, jak przeciągała kolumna wygląd jej stawał się coraz opłakańszy. Przechodzili maruderzy, ciągnąc z wysiłkiem nogi obtarte do żywego mięsa w obuwiu. Ale wszyscy, choć

  1. Boches pogardliwa nazwa dawana Niemcom. (przyp. tłum.)