Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Następnie Desnoyers znalazł się na rynku wśród oficerów, dających krótkie wytchnienie koniom, przed dopędzeniem kolumny. Ze ściągniętemi brwiami i posępnym wzrokiem mówili o tym niepojętym dla nich odwrocie. Przed kilku dniami odepchnęli dzielnie napastników. A mimo to cofali się, posłuszni naglącemu i surowemu rozkazowi.
— Nie rozumiemy — mówili — nie rozumiemy.
Systematyczne cofanie się w porządku doprowadzało do rozpaczy tych ludzi, którzy chcieli się bić, a musieli uchodzić. A wszystkich udręczała ta sama wątpliwość: „Nie rozumiemy“.
I ta wątpliwość czyniła tem cięższym ten marsz nieustający, marsz dniem i nocą z krótkimi odpoczynkami, które przerywała wciąż obawa, żeby nie być odciętymi od reszty wojska: „Jeszcze jeden wysiłek, moje dzieci! Odwagi. Odpoczniemy rychło“.
Kolumny w odwrocie pokrywały setki kilometrów. Desnoyers widział tylko jedną z nich. O tej samej porze inne i inne wykonywały ten sam odwrót, pokrywając połowę szerokości Francji. Wszystkie cofały się z tem samem zgnębionem posłuszeństwem, a ich ludzie powtarzali to samo co oficerowie: „Nie rozumiemy... Nie rozumiemy“.
Don Marceli doznał wnet tego samego smutku i zniechęcenia. On również nie rozumiał. Widział to, co wszyscy mogli widzieć: Niemców, posuwających się w głąb niemal bez sprzeciwu; całe departamenty, miasta, wsie, dostające się w moc nieprzyjaciela za plecami wojsk, które cofały się nieustannie. Zapał jego