Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


padający ze znużenia trzymali broń w porządku, myśląc o nieprzyjacielu, który był blizko.
Hojność Desnoyersa sprawiała na wielu z nich zdumiewające wrażenie. Byli przyzwyczajeni w pochodzie przez ziemię ojczystą walczyć z obojętnością rolnika. Nikt nic nie dawał. Strach przed niebezpieczeństwem sprawiał, że mieszkańcy wsi kryli się z zapasami żywności, odmawiając najmniejszej pomocy rodakom, którzy się za nich bili.
Miljoner spał źle tej drugiej nocy w swem obszernem łożu z kolumnami, które jakoby należało do Henryka IV, wedle słów antykwarjuszów. Nie było już ciągłego przemarszu wojsk. Raz po raz przechodził pojedyńczy oddział, baterja, batalion kawalerji, ostatnie siły odwrotu, które zapóźniły się w poblizkich wioskach, aby osłaniać ruch cofających się wojsk. Głębokie milczenie, jakie następowało po tych hałaśliwych przechodach, napełniało go wrażeniami wątpliwości i niepokoju. Co on tu robił, gdy całość armji była w odwrocie? Nie byłoż to szaleństwem zostawać tutaj? Ale natychmiast przypomniały mu się bogactwa nagromadzone w zamku. Ach! gdyby je mógł zabrać! Ale to było niepodobieństwem z braku czasu i środków. A w dodatku, jego wrodzona uporczywość poczytywała taką ucieczkę za coś hańbiącego.
— Trzeba kończyć, co się zaczęło — mówił sobie w duchu. On przyjechał tu, by pilnować swej własności i nie należało mu uciekać za zbliżeniem się niebezpieczeństwa.