Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wojska. Zaś wojsko chciało uwolnić się od tych ciężarów, tamujących mu swobodę ruchów i posyłały je daleko koleją i podwodami. Tak być musiało. I w tych hałasach, trwających całą noc, odgadywał jedynie przejście wozów, napełnionych rannymi, amunicją, żywnością, jak to miało miejsce podczas dnia.
O świcie usnął znużony i obudził się późno. Pierwsze jego spojrzenie było na drogę. Ujrzał ją zalaną ludźmi i końmi, które ciągnęły toczące się przedmioty. Ale ludzie nieśli karabiny i tworzyli oddziały, pułki, a toczącemi się przedmiotami były armaty. To było wojsko... to był odwrót
Desnoyers wybiegł na brzeg drogi, by lepiej przekonać się o prawdzie.
Niestety! to były pułki, takie same, jakie widywał wyruszające z dworców Paryża, ale jakże inaczej wyglądały! Błękitne płaszcze przemieniły się w jakieś pożółkłe łachmany, czerwone spodnie nabrały koloru źle wypalonej cegły; obuwie wyglądało jak placki błota. Twarze miały wyraz dziki; okryte kurzem i potem, wychudzone i tchnące tak bezgranicznem znużeniem, jak gdyby ci ludzie chcieli stanąć, pozostać tu na zawsze, zabijając lub umierając, ale nie zrobiwszy już ani kroku więcej. A oni szli... szli... szli.. Niektóre marsze trwały trzydzieści godzin. Nieprzyjaciel następował im na pięty, a rozkaz był iść i nie dopuszczać do bitwy, jedynie szybkością pochodów unikając otoczenia, jak to było zamiarem najeźdźców. Wodzowie odgadywali stan duszy swoich ludzi. Mogli żądać od nich ofiary życia, ale kazać im iść dniem i nocą, wciąż uciekając