Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/131

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przed nieprzyjacielem, kiedy nie uważali się za zwyciężonych, kiedy czuli w sobie rosnącą wściekłość, która jest matką bohaterstwa!... Rozpaczliwe spojrzenia zwracały się na najbliższych oficerów, na dowódców na samego pułkownika!... Już nie mogli dalej! Taki olbrzymi, wyczerpujący marsz w ciągu tak niewielu dni i poco? Zwierzchnicy, którzy wiedzieli tyle co i oni zdawali się odpowiadać wzrokiem, jak gdyby byli w posiadaniu jakiejś tajemnicy: „Odwagi!... Jeszcze jeden wysiłek!... To się prędko skończy“.
Konie, silne, ale pozbawione wyobraźni, okazywały mniej wytrzymałości niż ludzie. Wygląd ich był opłakany. Mogłyż to być te same rumaki, ogniste o połyskliwej sierści, które Desnoyers widywał w defiladach paryskich na początku zeszłego miesiąca? Dwudziestodniowa kampanja uczyniła z nich szkielety, ledwo trzymające się na nogach. Przygasły ich wzrok zdawał się błagać o litość. Za każdem poruszeniem ukazywała się z pod uprzęży poszerszeniała skóra, z krwawiącemi odparzeliznami. Ciągnęły swój ciężar z najwyższym wysiłkiem, jak gdyby rozum ludzki działał na ich ciemne instynkty. Niektóre, wyczerpawszy ostatek sił, waliły się nagle z nóg, opuszczając towarzyszy trudów. Desnoyers widział jak artylerzyści odprzęgali je szybko, biciem spędzając je zdrogi, by nie tamowały ruchu.
A one, nieszczęsne, pozostawały tam, ukazując swą szkieletowatą nagość ukrytą dotychczas pod uprzeżą i ze sztywnemi nogami i szklanym wzrokiem zdawały się oczekiwać jak ich obsiądą muchy, zwabione ich smutnem ścierwem.