Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nicy towarzyszyło temu pochodowi. A wśród posuwających się zwolna automobilów i jeźdźców szły gromady żołnierzy w podartych płaszczach, zwieszających się z ramion jak płachty. Byli to ranni, którzy mogli iść piechotą. Ci, dowcipkowali, śpiewali, jedni z ręką na temblaku, inni z głową obwiązaną, częstokroć krwawiącą poprzez płócienne bandaże.
Miljoner chciał coś dla nich uczynić, ale zaledwie zdążył rozdać parę butelek wina i trochę chleba, gdy wmięszał się w to lekarz i złajał go, jak gdyby biedny Desnoyers popełnił zbrodnię. Jego szczodrobliwość mogła się okazać fatalną w skutkach. Musiał więc stać nad brzegiem drogi bezsilny i smutny, przeprowadzając posępnemi oczyma żałosny orszak. Gdy zmrok zapadł, nadciągnęły setki wozów, jedne zamknięte hermetycznie z ostrożnością jaką nakazują materjały wybuchowe, inne naładowane worami i skrzyniami, z których wydzielała się stęchła woń zapasów żywnościowych. A dalej jeszcze pędzono wielkie stada wołów, które albo zbijały się w bezładne kupy, lub biegały jak oszalałe na wszystkie strony, póki bat i krzyk pastucha w kepi, nie zaprowadził pomiędzy niemi porządku.
Desnoyers spędził noc bezsennie. Więc to był ów odwrót, o którym mówiono w Paryżu, ale w który mało kto chciał wierzyć, odwrót, który doszedł aż dotąd; trwał w dalszym ciągu, a nikt nie wiedział, gdzie będzie jego kres. Ale i teraz nieuleczalny optymizm podsunął upartemu człowiekowi nieprawdopodobną nadzieję. Może ten odwrót tyczył się tylko szpitali, zapasów, tego wszystkiego, co pozostaje zwykle na tyłach