Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


cy, mnóstwo żołnierzy. Wkrótce rozpoczął się pochód dróżką, przylegającą tuż do zamku, a prowadzącą do mostu na Marnie. Były to wozy zamknięte lub otwarte, zachowujące jeszcze swe dawne, handlowe napisy pod warstwą stwardniałego kurzu i ochlapań błotem. Wiele z nich opiewało na nazwy przedsiębiorstw paryskich, inne prowincjonalnych. A więc z temi przemysłowemi podwodami zarekwirowanemi przez mobilizację przechodziły inne, które wywarły na Desnoyers'ie wrażenie twarzy przyjaznych, dostrzeżonych w nieznajomym tłumie. Były to omnibusy paryskie, noszące w górze nazwy, wskazujące kierunek ich dawnych kursów : Madeleine - Bastylle, Pass - Bourse i t. d. Może on sam jeździł wiele razy w tych samych omnibusach, postarzałych, zniszczonych przez dwadzieścia dni nieustającej wędrówki, o powyginanych deskach, rozklekotanych żelastwach i dzwoniących przeraźliwie za każdem poruszeniem.
Na jednym z tych wozów widniały białe kręgi z czerwonym krzyżem po środku; inne poznaczone były literami i liczbami, jakie tylko wtajemniczeni w arkana administracji wojskowej zrozumieć mogli. A na wszystkich tych wozach, w których nerwami sprawnie działającymi były tylko motory, Desnoyers zobaczył mnóstwo żołnierzy, ale wszystko rannych, z obandażowaną głową i nogami, o twarzach wybladłych, którym dawno nie golona broda dodawała tragicznego wyrazu, rozgorączkowanych oczach i ustach nawpół otwartych, jak gdyby z zastygłym jękiem boleści. Lekarze i chorzy jechali oddzielnie. Parę oddziałów kon-