Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


obronie i usprawiedliwiania grabieżców jego mienia. Jakże dalekiemi wydały się Desnoyers'owi te utarczki z przed miesiąca!... Zdziwił się też ogromnie zobaczywszy, że ksiądz, przechodząc z domu do kościoła pozdrowił mera przyjaznym uśmiechem.
Po wielu latach głuchej niechęci spotkali się wieczorem 1-ego Sierpnia u stóp wieży kościelnej. Dzwoniono na niej na gwałt, aby oznajmić mobilizację ludziom, pracującym w polu. I dwaj wrogowie instynktownie podali sobie ręce. Wszyscy Francuzi! Ta ogólna życzliwość objawiła się również w stosunku do znienawidzonego właściciela zamku. Musiał kłaniać się na wszystkie strony, ściskając twarde dłonie. A za jego plecami udzielano sobie przyjacielskich uwag:
— Dobry człowiek, tylko trochę gwałtowny!
I panu Desnoyers'owi zapachniała na kilka minut słodka woń popularności.
Znalazłszy się w zamku, za nic sobie poczytał całodzienny trud, chociaż nogi pod nim drżały. Nigdy nie wydał mu się tak okazałym i majestatycznym jego park jak w ten letni wieczór; nigdy tak białemi łabędzie, których wdzięczne sylwety dwoiły się przez odbicie w martwej tafli stawu; nigdy tak pańską rezydencja, przeglądająca się w zielonem zwierciadle nawodnionych rowów. Zapragnął zobaczyć natychmiast obory pełne bydła, poczem rzucił okiem na puste stajnie. Mobilizacja zabrała mu najlepsze konie robocze. Zniknęła również służba. W całym zamku pozostał tylko odźwierny, człowiek przeszło pięćdziesięcioletni, chory na piersi i jego rodzina, złożona z żony i córki.