Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


łowa mieszkańców uciekła, druga połowa została w swoich sadybach z przyzwyczajenia i łudząc się ślepym optymizmem. Jeżeli przyjdą Prusacy, cóż im mogą zrobić? Nie stawią żadnego oporu, będą posłuszni ich rozkazom, a któż by się znęcał nad posłusznym narodem? Zresztą wszystko lepsze, niż porzucić domostwa, które pobudowali ich przodkowie i z których oni nigdy się nie ruszali.
Na rynku Desnoyers zobaczył mera i gromadkę głównych mieszkańców. Wszyscy oni podobnie jak kobiety ze zdumieniem spoglądali na właściciela zamku. Było to najbardziej nieoczekiwane zjawisko. Kiedy tylu uciekało do Paryża, ten Paryżanin przybywał do nich podzielić ich los. Życzliwy uśmiech, przyjazne spojrzenie pojawiły się na twarzach tych podejrzliwych wieśniaków. Do tej pory Desnoyers żył w złych stosunkach z całem miasteczkiem. Pilnował srogo swoich praw, nie uznając żadnej tolerancji w sprawach własności. Odgrażał się często, że sprocesuje mera i wpakuje do więzienia połowę sąsiadów; oni zaś odwzajemniali mu się, wypasając mu łąki, tępiąc zwierzynę i wytaczając mu ustawicznie sądowe skargi i niedorzeczne pretensje. Przez wstręt do municypalności Desnoyers zbliżył się do proboszcza, ten bowiem żył w otwartej wojnie z merem. Ale stosunki właściciela zamku z Kościołem były równie bezowocne jak walki z Państwem. Proboszcz, dobroduszny człeczyna, z powierzchowności przypominający mu trochę Renana, myślał tylko o tem, jakby wyciągać od niego pieniądze dla biednych, a dobrotliwość posuwał aż do stawania w