Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jakie to szczęście, że zostajesz w Paryżu! Jak się cieszę, że jesteś prostym żołnierzem.
A mówiąc to Cziczi myślała z zazdrością o przyjaciółkach, których narzeczeni i bracia byli oficerami. One mogły wychodzić na ulicę, mając przy sobie ugalonowane kepi, które ściągały spojrzenia przechodniów i ukłony niższych.
Ilekroć donja Luiza, wystraszona przechwałkami siostry, chciała udzielić córce swoich obaw, ta przerywała jej zaperzona:
— Kłamie ciotka! Ponieważ jej mąż jest Niemcem, więc patrzy na wszystko jego oczyma. Tatko wie więcej; ojciec Renégo, jest lepiej obznajmiony z temi rzeczami. Sprawimy im cięgi, co się zowie. Jakże się będą cieszyć, gdy wygarbują skórą mojemu wujowi z Berlina i moim pretensjonalnym kuzynom!
— Cicho bądź! — jęknęła matka. — Nie gadaj głupstw! Wojna ci przewróciła w głowie jak twemu ojcu.
Poczciwa kobieta gorszyła się, słuchając krwiożerczych wybuchów córki, ilekroć była mowa o Cesarzu. W czasie pokoju Cziczi była poniekąd jego wielbicielką. „Jest przystojny“ mawiała „tylko ma bardzo nieprzyjemny i ordynarny uśmiech“. Teraz cała jej nienawiść, skupiła się na nim. Tyle kobiet płakało w owych chwilach z jego przyczyny! Matki pozbawione synów, żony mężów, biedne osierocone dzieci! Ach! niegodziwiec. Wyciągnęła z pośród pamiątek lat dziecinnych swój dawny nóż „łobuziaka“, sztylet z rękojeścią srebrną i cyzelowaną pochwą, dar dziadka. Pierwszy Nie-