Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


miec, który się do niej zbliży padnie trupem. Donja Luiza truchlała, widząc ją wymachującą tą bronią przed lustrem w sypialni. Już nie chciała służyć w kawalerii ani w „błękitnych djabłach“. Niechby ją tylko zostawili w jakiem zamknietem miejscu oko w oko z tamtym wstrętnym potworem. W ciągu pięciu minut rozstrzygnie ona, Cziczi, wszechświatowy zatarg.
— Broń się, nędzniku! wołała nacierając walecznie.
I jednem pchnięciem sztyletu z dołu do góry wyrzucała w powietrze cesarskie wnętrzności. I już słyszała uszami wyobraźni dziękczynny okrzyk miljonów kobiet, oswobodzonych od najbardziej krwiożerczej hjeny ludzkiej, przez nią, która była Judytą, Carlotą Corday, uosobieniem wszystkich hohaterek[1], co zabijały, aby czynić dobrze. I w zbawczym zapale szerzyła dalej rzekomą rzeź z puginałem w ręku. Drugi cios: następca tronu pada trupem. Cała ulewa ciosów i wszyscy ci niezwyciężeni generałowie, o których mówiła jej ciotka zmykają, trzymając oburącz poprute żołądki, a tuż za nimi jak uwielbiający służka, który także swoją część otrzymał, wuj z Berlina!...
Ach! gdyby się tylko nadarzyła sposobność.
— Zwarjowałaś — powtarzała jej matka. — Zwarjowałaś z kretesem. Jak może mówić takie rzeczy przyzwoita panienka!

Donja Helena, zasłyszawszy przypadkiem jakiś urywek bredzeń siostrzenicy, wznosiła oczy w niebo i wstrzymywała się na przyszłość od udzielania jej

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – bohaterek.