Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/083

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Miałabym wyrzuty sumienia... Myśleć o tych rzeczach w takich chwilach!...
Powietrze wydawało jej się przesycone miłością, ale to była miłość nowa, miłość dla człowieka, który cierpi; chęć zaparcia się siebie, poświecenia. Ta miłość wywoływała w niej obraz biały kwefów, rąk drżących, opatrujących zakrwawione rany.
Każdy namiętny objaw ze strony Juljana budził w niej gwałtowny i wstydliwy opór, jak gdyby się spotykali po raz pierwszy.
— To niemożliwe — mawiała — myślę o moim bracie, o tylu innych, których znam, a którzy już może w tej chwili nie żyją.
Tymczasem nadchodziły wiadomości z pola walki; krew zaczynała płynąć obficie.
— Nie; nie mogę — powtarzała Margarita.
A gdy Juljanowi powiodło się dopiąć celu, dzięki błaganiom i namiętnej przemocy, trzymał w objęciach istotę bezwolną, która oddawała mu się ciałem biernie, podczas gdy myślą i duchem była daleko.
Pewnego wieczoru oznajmiła mu, że na przyszłość będą się widywali rzadziej. Musiała chodzić na kursa; pozostawało jej tylko dwa dni wolne.
Juljan słuchał z osłupieniem. Na kursa?... Czegoż się uczyła? Ją podrażnił jego żartobliwy ton. Tak; uczyła się. Od tygodnia już chodziła na kursa. Teraz lekcje będą odbywały się częściej, znalazło się więcej profesorów.
— Chcę zostać sanitarjuszką. Cierpię ogromnie