Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/082

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Kobiecy instynkt musiał ostrzedz ją, że powiedziała za wiele i znowu umilkła raptownie. Ten sam instynkt uwiadomił ją również, dlaczego twarz Juljana zachmurzyła się, a usta wykrzywił gorzki uśmiech. Chciała go pocieszyć i dodała:
— Szczęściem jesteś cudzoziemcem i nie pójdziesz na wojnę. Co za okropność, gdybym cię miała stracić!
Powiedziała to szczerze. Przed niedawną chwilą zazdrościła mężczyznom, podziwiając tężyznę, z jaką narażali życie, a teraz drżała na myśl, że jej kochanek mógłby być jednym z nich.
Ale on nie był jej wdzięcznym za ten miłosny egoizm, który go stawiał zdala od innych, jak istotę wątłą i kruchą, stworzoną jedynie dla kobiecych zachwytów. Byłby wolał wzbudzić zazdrość, jaką doznawała ona, widząc swego brata ubranego po wojskowemu. Wydało mu się, że pomiędzy nim a Margaritą wsuwało się coś, co nie ustąpi nigdy, co będzie rosło, rozdzielając ich w kierunkach przeciwnych, coraz dalej... dalej... aż nie będą się mogli poznać, gdy się ich spojrzenia skrzyżują.
I ta zapora zjawiała się przy dalszych ich spotkaniach. Margarita obsypywała go tkliwemi słowy, patrząc na niego wilgotnemi oczyma. Jej ręce miały dla niego pieszczotę raczej matki niż kochanki; miłości jej towarzyszyła nadzwyczajna wstydliwość. Przebywała uporczywie w pracowni, nie chcąc iść do dalszych pokoi.
— Dobrze nam tu... Nie chcę; to niepotrzebne...