Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/066

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nych oczu. Płaczące żony robotników, które wracały po odprowadzeniu mężów na dworzec, widywały tego samego pana, uśmiechającego się do drepcących obok nich dzieci, głaszczącego ich po twarzyczkach i odchodzącego po wciśnięciu im w łapięta pięciofrankowej sztuki.
Don Marceli, który nigdy nie palił, nawiedzał teraz ciągle sklepy tabaczne. Wychodził z nich z rękami i kieszeniami pełnemi i oszałamiał hojnością paczek pierwszego lepszego spotkanego żołnierza. Czasem obdarzony uśmiechał się grzecznie, dziękując słowami zdradzającemi wyższe pochodzenie i oddawał podarunek kolegom, przybranym w równie grube i źle skrojone płaszcze, jak on. Obowiązkowa służba narażała często don Marcelego na tego rodzaju pomyłki.
Szorstkie ręce, ściskające dziękczynnie jego dłoń, dawały mu krótką chwilę zadowolenia. Ach! nie móc uczynić nic więcej!... Rząd, mobilizując powozy, zabrał mu trzy z jego monumentalnych samochodów. Desnoyers zasmucił się, że mu nie wzięto jego czwartego mastodonta. Cóż mu było z niego!... Pasterze tej potwornej trzody: szofer i jego pomocnicy pojechali także do wojska. Wszyscy szli... Wkońcu zostanie tylko on, Desnoyers i jego syn: dwóch nieużytków!
Dowiedziawszy się o wejściu nieprzyjaciół do Belgii, ryczał poprostu z wściekłości, uważając ten postępek za niesłychaną dotąd w Historji nikczemność. Wstyd go ogarniał na wspomnienie, że w pierwszych chwilach czynił odpowiedzialnymi za wojnę najzagorzalszych patrjotów swego kraju. Co za potworność,