Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/067

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


systematycznie przygotowywana od szeregu lat!... Słuchając o grabieżach, pożarach i mordach bladł i zgrzytał zębami. Jemu, Marcelemu Desnoyers'owi, mogło się wydarzyć to samo, co nieszczęsnym Belgom, jeżeli ci barbarzyńcy wtargną do kraju. Miał dom w mieście zamek na wsi, rodzinę. Przez skojarzenie wyobrażeń kobiety, ofiary żołdactwa przywodziły mu na myśl jego Cziczi i dobrą donję Luizę. Gmachy w płomieniach wywoływały wspomnienie rzadkich i kosztownych ruchomości, nagromadzonych w jego dwóch siedzibach, będących niby herbowymi tarczami jego współczesnego wywyższenia. Rozstrzeliwani starcy, matki o rozdartych łonach, dzieci z poucinanemi rączynami, wszystkie te sadyzmy wojny, budziły wrodzoną gwałtowność jego charakteru.
— I to może się dziać bezkarnie w naszych czasach!
Aby upewnić się, że kara była bliską, że zemsta szła na spotkanie winnych, odczuwał potrzebę wmieszania się w mrowie ludzkie, nagromadzone dokoła Dworca Wschodniego.
Główne siły wojska działały już na granicach, ale mimo to ruch nie zmniejszał się w tem miejscu. Nie odjeżdżały już całe bataljony, ale dniem i nocą płynęli na stację wojownicy pojedyńczo lub gromadnie. Byli to rezerwiści bez mundurów, spieszący do swoich pułków, oficerowie, których zatrzymywały dotychczas prace mobilizacyjne, zbrojne oddziały, przeznaczone na zapełnienie luk, poczynionych przez wojnę.