Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/065

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wadjackim lekkoduchu, który narażał życie w pojedynkach dla błahych powodów?
Ach! jakie się czuł małym i skruszonym arbitralny pan Desnoyers po takich rozmyślaniach! Rodzina zdumiewała się, widząc nieśmiałość i słodycz z jaką postępował w domu. Obaj służący o wspaniałych postawach udali się do swoich pułków, a największą niespodzianką, jaką im przyniosła wojna, była nagła dobroć chlebodawcy; obfitość podarunków, ojcowska troskliwość, z jaką czuwał nad ich przygotowaniami do drogi. Straszliwy don Marceli uściskał ich ze łzami w oczach. Zaledwie mogli mu wyperswadować, by ich nie odprowadzał na kolej.
Wyszedłszy na ulicę, przemykał się pokornie, jak gdyby przepraszał tych ludzi, którzy go otaczali. Wszyscy mu się wydawali wyższymi od niego. Czasy były krytyczne pod względem ekonomicznym; bogacze poznali nagle biedę i troski; banki zawiesiły czynności i wypłacały zaledwie drobną cząstkę depozytów. Miljoner ujrzał się pozbawiony na szereg tygodni swoich bogactw. A prócz tego, kłopotał się, myśląc o niepewnej przyszłości. Ileż czasu minie, zanim mu przyślą pieniądze z Ameryki? Może wojna unicestwi tak samo majątki jak życia? A mimo to, nigdy Desnoyers nie cenił mniej pieniędzy i nie szafował niemi hojniej.
Wielu ze zmobilizowanych, o pospolitym wyglądzie, maszerujących samotnie na kolej spotykało jakiegoś pana, który ich zatrzymywał nieśmiało, macał się po kieszeni i wsuwał im w rękę bilet dwudziestofrankowy, uciekając pospiesznie z przed ich zdumio-