Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/064

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I ogarniała go, jak w owych snach, męka człowieka uczciwego i zrozpaczonego, który pragnie wypełnić swe zobowiązania.
Spłacić!... Ale jak? Było już zapóźno. Przez chwilę zdjęło go bohaterskie postanowienie zaciągnąć się jako ochotnik, pomaszerować z torbą u boku w jednej z tych gromad przyszłych wojowników, podobnie jak jego stolarz. Ale na co by się to zdało?... Wyglądał czerstwo, trzymał się dzielnie na swój wiek, ale miał już z okładem sześćdziesiąt lat, a tylko młodzi mogą być dobrymi żołnierzami. Bić potrafi się każdy. Odwagi mu też nie brakło, aby chwycić za karabin. Ale bitwa, to tylko przypadkowe zdarzenie na wojnie. Naprawdę uciążliwe i wyczerpujące to są wszystkie trudy i przygotowania, które poprzedzają walkę; marsze nieskończone, zmiany temperatury, noce pod gołem niebem, kopanie transzeji, ładowanie wozów, głód... Nie, to już było zapóźno. Nie miał przecież jakiegoś wybitnego nazwiska, żeby ofiara jego mogła posłużyć za przykład.
Instynktownie obejrzał się za siebie. Nie był sam na świecie, miał syna, który mógł odpowiadać za dług ojca... Ale ta nadzieja trwała tylko chwilę. Syn jego nie był Francuzem, należał do innego narodu; połowa jego krwi była obcego pochodzenia. A przytem, czy mógłby doznawać tych samych uczuć, co on? Czy mógłby je rozumieć, gdyby mu je ojciec wyłuszczył? Czego można było się spodziewać po tym zręcznym tancerzu, za którym przepadały kobiety; po tym za-