Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/062

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jakich nie znali jego przodkowie. Liczne pokolenia Desnoyers'ów przygotowały jego przyjście na świat, walcząc w obronie tej ziemi przeciw nieprzyjaciołom, by przy urodzeniu dać mu rodzinę i wolne ognisko domowe.
A gdy przyszła na niego kolej spełnić ten trud, zająć swe miejsce w różańcu pokoleń, on uciekł jak człowiek, który chce uniknąć spłaty długu.... Przychodząc na świat, zaciągnął zobowiązania względem ziemi swoich ojców. To zobowiązanie trzeba było spłacić własnemi rękoma, ofiarą w razie potrzeby, krwi własnej. A on uchylił się od zrealizowania swego podpisu, ucieczką i zdradą swych przodków. Ach! nieszczęsny! I nic tu nie znaczy, jego osobiste, materjalne powodzenie, nic nie znaczył majątek, zdobyty w dalekim kraju. Są winy, których się nie zmazuje miljonami. Niepokój jego sumienia był tego dowodem. A także ta zazdrość i ten szacunek, jakim go napełniał ten blady rzemieślnik, idący na spotkanie śmierci z innymi również maluczkimi jak on, których rozpłomieniło poczucie spełnionego obowiązku, poniesionej ofiary.
Tu przypomniał mu się Madariaga.
— Gdzie się zbogacimy i założymy rodzinę, tam jest nasza ojczyzna.
Nie, nie było słusznem to twierdzenie Centaura. W czasach zwykłych — być może. Zdala od ojczystego kraju i gdy temu nie grozi żadne niebezpieczeństwo, można o nim zapomnieć na pewien szereg lat. Ale on teraz żył we Francji, a Francja musiała się bronić przeciw wrogom, którzy pragnęli ją zniszczyć. Widok