Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/061

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Może mówili już sobie po imieniu w poczuciu tego braterstwa, jakie budzi w ludziach zetknięcie ze śmiercią.
Miljoner spoglądał z szacunkiem na swego stolarza, który dziwnie urósł w jego oczach, jako cząstka tej ludzkiej lawiny. A w tym szacunku było coś z zazdrości, zazdrości, wypływającej z niepewnego sumienia.
Gdy don Marceli miewał czasem złe noce, pewien powód trwogi, zawsze ten sam, zakłócał spokój jego wyobraźni. Rzadko kiedy śnił o śmiertelnych niebezpieczeństwach, grożących jemu lub jego najbliższym. Owo przerażające widzenie polegało na tem, że przedstawiano mu do pokrycia weksle z jego podpisem; a on, Marceli Desnoyers, człowiek wierny swoim zobowiązaniom, z całą swą nieskazitelną przeszłością, nie był w stanie zapłacić ich. Ta możliwość napełniała go taką trwogą, że budził się z niewysłowionym ciężarem na piersiach, zlany zimnym potem. Dla niego była to największa hańba, jaka może spaść na człowieka.
Gdy zawierucha wojenna wstrząsnęła jego życiem, powróciły te same udręki. Całkowicie rozbudzony, przytomny cierpiał mękę, równą tej, jakiej doznawał we śnie, widząc swe shańbione nazwisko pod nie mającem pokrycia zobowiązaniem.
Cała przeszłość stawała mu przed oczami z nadzwyczajną dokładnością, jak gdyby dotychczas żył w jakiejś mętnej półjawie.
Zagrożona ziemia Francji była jego ojczyzną. Piętnaście wieków Historji pracowało dla niego, aby, otwarłszy oczy, korzystał z udogodnień i postępów,