Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/060

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nie wahał się poświęcić swych dawniejszych wierzeń, wszystkich swoich przekonań, miłowanych do wczoraj... A on, Desnoyers, jeden z wybrańców losu, on, który posiadał tyle rzeczy ponętnych, potrzebujących obrony, on wątpił i krytykował.
W kilka godzin potem spotkał znów swego stolarza w pobliżu Triumfalnego Łuku. Szedł z gromadą innych robotników podobnego jak on wyglądu, a z tą gromadą łączyły się inne i inne, będące jakby wyobrażeniem wszystkich klas społecznych: burżuje dostatnio ubrani; wytworni i anemiczni panicze, licencjaci o bladych, zawadjackich twarzach; młodzi klerycy, uśmiechający się z pewną figlarnością, jak gdyby brali udział w jakimś wybryku. Na czele tego ludzkiego stada szedł sierżant, a w awangardzie różni żołnierze z karabinami na ramieniu. Naprzód rezerwiści!
I jakiś pomruk muzyczny, jakaś melodja poważna, groźna i monotonna unosiła się nad tem mnóstwem ust otwartych, rąk, poruszających się wahadłowo, i nóg, które otwierały się i zamykały do taktu.
Robert intonował z zapałem wojenną zwrotkę. Drżały mu oczy i opuszczone w dół wąsy galijczyka. Pomimo welwetowej odzieży i wypchanej, płóciennej torby miał ten sam bohaterski i wspaniały wygląd, co postacie Rude'a na Łuku Triumfalnym „Spólniczka“ z dzieckiem dreptała chodnikiem, by odprowadzić go na dworzec. On odwracał od nich oczy i rozmawiał z towarzyszem w szeregu o poważnym wyglądzie, niewątpliwie księdzem, którego poznał poprzedniego dnia.