Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/053

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wieka, zbierał teraz owoc wdzięczności tłumów. I Desnoyers zaczął doznawać jakby wyrzutów sumienia wobec zapału cudzoziemców, niosących swą krew w ofierze Francji. Wielu ubolewało, że Rząd opóźnił o dwadzieścia dni przyjęcie ochotników, dopóki nie skończą się czynności mobilizacyjne. A on, który urodził się Francuzem, wątpił przed kilku godzinami o własnym kraju!
Pewnego dnia prąd ogólny porwał go i zaniósł na Dworzec Wschodni. Niezliczone rzesze tłoczyły się przed żelaznem oparkanieniem, rozlewając się jak strumienie po najbliższych ulicach. Dworzec, który nabierał znaczenia historycznego miejsca wyglądał jak wązki tunel przez który miała werżnąć się cała rzeka, burząc się i rozbijając o jego ściany. Część uzbrojonej Francji rwała się tem wyjściem z Paryża ku polom walki na granicy.
Desnoyers był tu tylko w swojem życiu dwa razy; jadąc do Niemiec i wracając stamtąd. Teraz inni udawali się w tę samą drogę. Tłumy publiczności napływały z krańców miasta, by patrzeć jak znikają w głębi dworca masy ludzkie o geometrycznych konturach, jednakowo przybrane, wśród błyskawic stali i przy towarzyszeniu metalicznych szczęków. Środkowe szklane otwory, błyszczące w słońcu jak ogniste paszcze chłonęły i chłonęły ludzi. Nocą trwał ten przypływ przy świetle elektrycznych latarń. Bramami przechodziły tysiące i tysiące koni; ludzi zakutych w żelazo i z długiemi włosami, zwieszającemi się z pod hełmu, na podobieństwo błędnych rycerzy minionych wieków;