Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/052

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


oświetlonych drzwi i okien melodyjne fale patriotycznych piosenek. Nagle otwierał się tłum środkiem ulicy, brzmiały ogłuszające wiwaty i oklaski. To przechodziła cała Europa — cała Europa, oprócz dwóch mocarstw, pozdrawiająca zagrożoną Francję. Przeciągały sztandary różnych krajów, migając wszystkiemi barwami tęczy, a za niemi Rosjanie o jasnych mistycznych oczach; Anglicy z odkrytemi głowami, śpiewający religijne, poważne pieśni; Grecy i Rumuni o orlich profilach; biało-różowi Skandynawowie; Amerykanie Północny z hałaśliwością, nieco pustego zapału; Hebrajczycy bez ojczyzny, przyjaciele kraju rewolucyj równościowych; Włosi, zawadjaccy jak chór bohaterskich tenorów; Hiszpanie i Amerykanie Południa, niezmordowani w okrzykach. Byli to studenci i wyrobnicy, doskonalący swą wiedzę w szkołach i warsztatach; zbiegowie, którzy uczepili się gościnnej nawy Paryża jak rozbitki wojen i rewolucji.
Ich okrzyki nie miały urzędowego znaczenia. Wszyscy ci ludzie szli, ulegając samorzutnemu porywowi, pragnąc okazać Republice swą miłość. I Desnoyers, wzruszony tym widokiem mówił sobie, że Francja była jeszcze czemś na świecie; że wywierała wciąż moralny wpływ na narody i że jej radości i nieszczęścia obchodziły ludzkość.
— W Berlinie i Wiedniu — myślał — krzyczą również z zapału w tej chwili. Ale tylko miejscowi, nikt więcej... Żaden cudzoziemiec z pewnością nie bierze ostentacyjnie udziału w ich manifestacjach.
Naród Rewolucji, upominający się o Prawa Czło-