Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/054

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


olbrzymie skrzynie, służące za klatki kondorom powietrznej służby; różańce armat wązkich i długich, pomalowanych na szaro, opatrzonych stalowemi osłonami, podobniejszych do narzędzi astronomicznych niż do paszcz śmierci; nieprzebrane mnóstwo czerwonych kepi poruszających się w takt marszu i szeregi, nieskończone szeregi karabinów, jednych czarnych i tępych, podobnych do posępnych rzędów trzcin, innych najeżonych bagnetami, wyglądającymi jak błyszczące kłosy. A ponad temi ruchomemi łanami stalowych zbóż, chorągwie pułków, trzepotały się w powietrzu jak barwne ptaki o piersi białej, z przedniem skrzydłem czerwonem, drugiem niebieskiem ze złotą opaską na szyi; a w górze żelazo lanc, godzące w chmury.
Z wycieczek tych wracał do domu don Marceli, cały roztrzęsiony i zdenerwowany, jak człowiek, który patrzył na rzeczy głęboko wzruszające. Wbrew swemu upartemu charakterowi, sprzeciwiającemu się zawsze uznaniu własnych błędów stary zaczynał wstydzić się swych dawniejszych wątpliwości. Lud żył; Francja była wielkim narodem; pozory wprowadziły go w błąd jak wielu innych, — Być może, iż większość jego rodaków była lekkomyślną i niepamiętliwą, hołdującą zbytnio rozkoszom życia, ale kiedy wybiła godzina niebezpieczeństwa wszyscy spełniali swą powinność z prostotą, obywając się bez twardego nakazu, jakiemu ulegają niechętnie narody, ujęte w karby żelaznych organizacji.