Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/050

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


czemś bezpośredniem, uczynił więc odpowiedzialnymi za to warjactwo swoich własnych rodaków. Tyle gadać o „odwecie!“ Tak się troszczyć przez dwadzieścia cztery lata o dwie utracone prowincje, kiedy naród był posiadaczem olbrzymich i nieużytecznych obszarów na innych lądach!... Okażą się wnet skutki takiej rozjątrzonej i hałaśliwej głupoty.
Wojna znaczyła dla niego klęskę natychmiastową. Nie miał wiary w swój własny kraj; epoka Francji minęła. Teraz triumfatorami były narody Północy; a przedewszystkiem te Niemcy, którym przyjrzał się zblizka, podziwiając z pewnym przestrachem ich karność, ich twardą organizację. W dawnym robotniku ozwał się samozachowawczy egoistyczny instynkt tych wszystkich, którym udało się zebrać miljony. Desnoyers lekceważył ideały polityczne, ale przez klasową łączność potakiwał w ostatnich latach wszystkim utyskiwaniom na skandale rządu. Jak sobie zdoła poradzić zepsuta i zedezorganizowana Republika z mocarstwem najsilniejszem i najlepiej urządzonem na ziemi?
— Idziemy na śmierć! — mówił sobie Desnoyers — pewniej niż w 70-ym roku! Przyjdzie nam patrzeć na rzeczy okropne!
Ład i zapał, z jakim Francuzi stawiali się na wezwanie Rządu, przeobrażając się w żołnierzy, wprawił go w ogromne zdumienie. Pod wpływem tego moralnego wstrząśnienia zaczynał w coś wierzyć. Ogół był dobry; lud, jak za dawnych czasów, waleczny. Przez