Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/051

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


czterdzieści cztery lat obaw i niepokojów zakwitły starożytne cnoty. Ale wodzowie? Gdzie byli wodzowie, aby poprowadzić na zwycięstwo?
Wielu powtarzało to pytanie. Bezwład demokratycznego rządu i pokój utrzymywały kraj w zupełnej nieświadomości na punkcie wodzów. Wszyscy widzieli, jak się tworzyły armje; mało kto znał generałów.
Wkrótce jednak jedno nazwisko zaczęło przechodzić z ust do ust: „Joffre! Joffre!...“ Przed pierwszymi jego portretami, jakie się ukazały, gromadziły się tłumy. Desnoyers przypatrywał mu się uważnie:
— Ma wygląd zacnego człowieka.
Poważne i pogodne oblicze generała Republiki wywarło dodatnie wrażenie na tym zwolenniku ładu i praworządności. Uczuł nagle wielką ufność, jaką budzą dyrektorowie banków, przedstawiający się pokaźnie. Takiemu panu można powierzyć swoje interesa bez obawy, aby palnął jakie głupstwo.
Powódź zapału i wrażeń zagarnęła wreszcie i Desnoyers'a. Jak wszyscy, co go otaczali, przeżywał minuty, które były godzinami i godziny, które wlokły się jak lata. Wypadki tłoczyły się jedne na drugie, w ciągu tygodnia cały świat otrząsł się z długiego odrętwienia pokoju. Stary spędzał dnie na ulicy, pociągany magnetycznie widokiem cywilnych, tłumów, witających nowe tłumy umundurowane, które szły na wojnę.
Wieczorami przypatrywał się na bulwarach manifestacyjnym pochodom. Trójkolorowa chorągiew powiewała w blasku elektrycznych latarni. Natłoczone publicznością kawiarnie wylewały przez usta swych