Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/041

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


który ginął... ginął gdzieś pochłonięty przestrzenią i tchnieniem nocy.
Czernow pił wciąż, ale z roztargnieniem, wlepiając wzrok w czerwonawą poświatę, unoszącą się nad dachami.
Odgadli obaj przyjaciele jego umysłowy trud w ściągnięciu czoła i głuchych pomrukach, jakie mu się wymykały, niby echa wewnętrznego monologu. On zaś jął nagle mówić bez żadnego przejścia od milczenia do słowa, jak gdyby przedłużając głośno bieg swoich myśli.
— A kiedy za kilka godzin wejdzie słońce, ujrzy świat cwałujących przez jego pola czterech jeźdźców, wrogów ludzi... Już ich wściekłe konie rżą z niecierpliwości, już ich przeklęci jeźdźcy zbierają się i zamieniają ostatnie słowa, zanim wskoczą na siodła.
— Cóż to za jeźdźcy? — zapytał Argensola.
— Ci, którzy poprzedzają Bestję.
Ta odpowiedź wydała się obu przyjaciołom również niezrozumiałą, jak poprzednie słowa. Juljan powtórzył znów sobie w duchu: — upił się.
Ale ciekawość przemogła; więc ponowił:
— A jakaż to Bestja?
Rosjanin popatrzył na niego, jakby zdziwiony tem zapytaniem. Zdawało mu się, że mówił głośno, od samego początku swych rozmyślań.
— Bestja Apokalipsy.
Nastało milczenie; ale lakomizm Czernowa nie potrwał długo, miał potrzebę wyrazić swe uwielbienie dla marzyciela z wyspy Patmos. Poeta potężnych i za-