Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/040

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Co pomyślą tam w górze o ludziach? — szepnął. — Czy będzie powiadomiona jaka gwiazda o tem, że istniał Bismarck? Czy dowiedzą się planety o boskiem posłannictwie narodu germańskiego?
I zaczął się śmiać!
Coś dalekiego i nieokreślonego wstrząsnęło ciszą nocną, wydobywająca się z głębi jednej ze szczelin, przerzynających olbrzymią płaszczyznę dachów. Wszyscy trzej wyciągnęli szyje, aby lepiej słyszeć.
Były to głosy.
Męski chór śpiewał hymn prosty, monotonny i poważny. Tamci odgadywali go raczej myślą niż rozróżniali słuchem. Niektóre oderwane dźwięki, dochodzące wyraźniej przy silniejszym powiewie wietrzyka, pozwoliły Argensoli uchwycić melodję krótką, przerywaną wykrzyknikami, prawdziwe pieśń wojenna:

C’est l’Alsace et la Lorraine
C’est l’Asace qu’it revus faut
Oh! oh! oh! oh! oh!


Nowa gromada mężczyzn szła gdzieś w głębi ulicy, kierując się na dworzec, w stronę bramy wojny. Musieli być z zewnętrznych dzielnic, może nawet z obozu, a przechodząc Paryż, pogrążony w ciszy, uczuli chęć wyśpiewać wielkie narodowe pragnienie, by ci, którzy czuwali poza ciemnemi oknami, odetchnęli spokojniej, wiedząc, że nie są sami.
— Tak samo jak w operach — rzekł Juljan, łowiąc uchem ostatnie dźwięki niewidzialnego chóru,