Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/017

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Tego wieczoru spotkali się w restauracji z pewnym Francuzem, który miał jechać nazajutrz rano, by połączyć się ze swoim pułkiem.
Dziewczyna widywała go czasem z Argensolą i nigdy nie wydał jej się godnym specjalnej uwagi; ale dziś zachwycił ją raptem, jak gdyby go coś nagle przeobraziło. Postanowiła nie wracać na noc do rodziców; chciała widzieć, jak się zaczyna wojna. Zjedli obiad razem i wszystkie jej względy były dla tego, który odjeżdżał. Prawie że się broniła zdjęta nagłą wstydliwością, gdy Argensola chciał skorzystać z praw dawniej nabytych, szukając jej ręki pod stołem. A jednocześnie prawie wykręcała sobie szyję, opierając głowę na ramieniu przyszłego bohatera i tonąc w nim wzrokiem bezbrzeżnego zachwytu.
— I poszli sobie!... Poszli sobie razem — rzekł melancholijnie. — Musiałem ich pożegnać, żeby nie przedłużać mego smutnego położenia... I napracować się tyle!... dla niego!
Umilkł na chwilę, potem zmieniając bieg myśli dodał;
— Przyznaję wszelako, że jej postępowanie jest piękne. Jaka szlachetność w kobietach, gdy sądzą, że nadeszła chwila poświęcenia się!... Ona biedaczka boi się ogromnie ojca, a jednak spędzi noc poza domem z kimś, kogo zaledwie zna i o kim nie myślała przed kilku godzinami. Naród jest wdzięczny tym, którzy mają narażać życie dla niego, i ona, biedactwo, pragnie także uczynić coś dla tych, którzy idą na śmierć, dać im odrobinę szczęścia w ostatniej chwili... i darowuje