Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/018

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


to, co ma najcenniejszego, czego nigdy nie może odzyskać... Śmiej się ze mnie, ale przyznaj, że to jest piękne!...
Desnoyers śmiał się istotnie z nieszczęścia przyjaciela, pomimo, że i on sam doświadczał ciężkich zgryzot, chowanych w tajemnicy. Nie widział się z Margaritą od owego pierwszego spotkania. Tylko miewał od niej listowne wiadomości... Przeklęta wojna! Ile przeciwności dla ludzi szczęśliwych! Matka Margarity zachorowała... Była ciągle myślą przy synu, który był oficerem i miał jechać pierwszego dnia mobilizacji. A Margarita niepokoiła się również o brata i uważała za rzecz niewłaściwą iść do pracowni, podczas gdy w domu rozpaczała matka. Kiedyż będzie koniec temu wszystkiemu?
Juljan troszczył się także o ów czek na czterykroć tysięcy franków, przywieziony z Ameryki. Poprzedniego dnia odmówili mu w banku wypłaty, tłumacząc się brakiem awisa. Dziś powiedzieli, że dostali aviso, ale również nie dali mu pieniędzy. Wieczorem, kiedy wszystkie kredytowe instytucje były już zamknięte, rząd wydał rozporządzenie, ustanawiające moratorjum, aby uniknąć ogólnego bankructwa wskutek paniki finansowej. Kiedyż mu zapłacą? Może kiedy skończy się wojna, która się jeszcze nie zaczęła; może nigdy. Juljan nie miał żadnej innej gotówki, prócz dwóch tysięcy franków, oszczędzonych na podróży. Wszyscy jego przyjaciele znajdowali się w rozpaczliwem położeniu, pozbawieni gotówki, którą mieli zdeponowaną w bankach. Ci, którzy posiadali trochę pie-