Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/016

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„przypatrzeć się zblizka wojnie“. Cudzoziemski język, jakim posługiwali się obaj sąsiedzi dał mężowi wysokie wyobrażenie o ich godności.
— Panowie myślą, że Anglja pójdzie z nami?
Argensola wiedział tyle, co i on, ale odpowiedział z całą pewnością:
— Niewątpliwie, to rzecz postanowiona.
Stary powstał:
— Niech żyje Anglja!
I zachęcony pełnym uwielbienia wzrokiem małżonki zanucił jakąś zapomnianą patrjotyczną piosenkę, akcentując gestami refren, który mało kto zdołał powtórzyć!
Obaj przyjaciele musieli wrócić piechotą do domu. Nie spotkali ani jednej dorożki lub automobilu, któryby ich chciał zawieść, wszystkie jechały w przeciwnym kierunku: na dworzec. Obaj byli w złym humorze, ale Argensola nie umiał iść w milczeniu.
— Ach! kobiety!
Juljan znał jego bardzo przyzwoity stosunek trwający już kilka miesięcy z pewną midinette'ką z ul. Taibout. Spędzali oboje niedziele w okolicach Paryża, czasem szli do kinematografu, unosili się nad subtelnościami powieści, drukującej się w feljetonie popularnego dziennika; całowali się na pożegnanie, kiedy ona o zmierzchu wsiadała do pociągu, mającego ją zawieźć do Bois Colombes, by sobie spała pobożnie pod dachem rodzicielskim: to było wszystko. Ale Argensola liczył chytrze na czas, który miękczy najzatwardzialsze cnoty.