Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tego nie wie w obrębie swoich granic. Gdyby nasi nieprzyjaciele znali ją w całej rozciągłości, padliby na kolana, wyrzekając się niepotrzebnych ofiar.
Nastąpiło długie milczenie. Juljusz von Hartrott wydawał się roztargnionym. Wspomnienie pierwiastków siły, nagromadzonych przez jego rasę, pogrążyło go w rodzaj mistycznego zachwytu.
— Co się tyczy przedwstępnego, że tak powiem zwycięstwa — odezwał się znowu — te odnieśliśmy już dawno. Nasi wrogowie nienawidzą nas, a mimo to naśladują. Świat poszukuje wszystkiego, co nosi formę niemiecką. Te same narody, które zamierzają stawić opór naszym wojskom, stosują nasze metody w swoich uniwersytetach i podziwiają nasze teorje, nawet takie, które nie doznały powodzenia w Niemczech. Niejednokrotnie śmiejemy się pomiędzy sobą jak augurowie rzymscy, gdy patrzymy na tę służalczość z jaką idą za nami... A mimo to, nie chcą uznać, że jesteśmy wyższymi istotnie!
Po raz pierwszy Argensola przytaknął wzrokiem i giestem słowom Hartrotta. Zupełnie to samo, co on mówił; świat był ofiarą „otumanienia niemieckiego“. Jakieś intelektualne tchórzostwo; jakiś lęk siły kazał zachwycać się wszystkiem, co pochodziło z Niemiec, bez żadnego zastanowienia, hurtem, li tylko dla błyszczącego pozoru, złota pomieszanego z lakiem. Tak zwani Latynowie, poddając się temu wpływowi zwątpili o własnych siłach z nieusprawiedliwionym niczem pesymizmem. Oni pierwsi głosili swoją śmierć. A dumni Germanie nie potrzebowali nic więcej, tylko powta-