Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/150

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Dwaj kuzyni spoglądali na siebie z ciekawością i pewnem uprzedzeniem. Łączyło ich blizkie pokrewieństwo, ale znali się mało i odgadywali wzajemnie wielką rozbieżność swoich pojęć i upodobań.
Argensola ze swojej strony, przypatrując się temu mędrcowi, dostrzegł w nim pewne cechy oficera, przebranego po cywilnemu. Widocznem było, że chce naśladować wojskowych, gdy od czasu do czasu odłożą zwykłą marynarkę lub frak; które to naśladownictwo właściwe jest każdemu niemieckiemu mieszczuchowi, a wypływa stąd, że każdy z nich pragnie, aby go poczytywano za należącego do najlepszych sfer. Spodnie kuzyna z Berlina były wązkie, jak gdyby przeznaczone do wpuszczania ich w buty do konnej jazdy. Żakiet o dwóch rzędach guzików obcisły w pasie, ze sztywnymi wyłogami i sutemi połami przypominał wojskową kurtkę. Rudawe wąsy na silnie rozrośniętej szczęce i włosy ostrzyżone na jeża uzupełniały ten rzekomo marsowy wygląd. Ale oczy, oczy książkowego mola o matowych źrenicach, wielkie, wypukłe i krótkowzroczne kryły się za okularami o grubych szkłach, dając mu pozór człowieka miłującego spokój.
Młody Desnoyers wiedział o nim, że był profesorem nadzwyczajnym w Uniwersytecie, że ogłosił drukiem kilka tomów grubych i ciężkich jak cegły i że był współpracownikiem jakiegoś „Seminarjum Historycznego“, które to stowarzyszenie zajmowało się odnajdywaniem dokumentów pod kierunkiem jakiegoś sławnego historyka. W jednej klapie tkwiła mu wstążeczka cudzoziemskiego orderu.